Archiwum 01 listopada 2005


lis 01 2005 Noc, Mrok, Zmierzch...
Komentarze: 4
Wieczór. Zbliżająca się noc. Purpurowe niebo, zasnute kołdrą chmur. Gęsty las mieszany. Księżyc wzniósł swą tarczę na bezchmurną część nieba, aby blaskiem odegnać chmurny korzuch, aby blask swój spokojny roztoczyć na ziemię. Zmrok ogarnia połacie lasu, zmrok ogarnia coraz większe obszary. Poprzez korony drzew przebijają się liczne smugi światła księżycowego. Spokuj i harmonia, którą ośmielał się przerywać jedynie wiatr, który swój talent każdemu chciał zaprezentować. Jak on delikatnie potrafi grać na gałązkach krzaków, na konarach potężnych drzew oraz pośród leśnej ściółki. Gra na zmysłach. Tuż nad ziemią zwiewna mgiełka rozpościerała się. Pewna szczupła postać przemierzała drogę poprzez ten ciemny las. Przemierzała go jedną wąską ścieżką, która dawno nie czuła na sobie ludzkiej stopy. Spacerowała tak powoli, owiany myślą samotności i bezmiernego lęku przed czymś nieznamym. W pewnej chwili dopstrzegł on postać. Postać innego wędrowca, lecz nie takiego zwyczajnego. Sam jego widok napawał grozą. Był to upiór. Jego wygląd, zjawa z najgorszych koszmarów. Jego spojżenie, zimne i twarde. Płynął bezszelestnie, tuż nad ziemią, wpatrzony gdzies w dal. Roztaczał tajemniczą mroczną aurę. Coś jakby kazało mu podążać za nim. Równocześnie słyszałem jak z jego wnętrza wydobywa się głos. Przeraźliwie drżący głos, który chciał zaprzeczyć zamiarowi podążania za takemniczą postacią. Śledził upiorną postać, aż do momentu gdy ta nagle przystanęła. szczupły wędrowiec także się zatrzymał, ale stał on sztywno niczym obsydianowy posąg. Każda część jego ciała odmawiała mu posłuszeństwa. Był jakby sparaliżowany, a jego wzrok skierowany był na lewitującego upiora. Spostrzegł, że ów postać dobywa czegoś, co było uwieszone u jego pasa. To coś było szlachetnie zdobionym sztyletem. Rytualnym ostrzem, które niejedną już krew przelało. Widać było jak strach wstąpił w oczy szczupłej, zalanej cieniem postaci. Strach tak potężny jak nigdy przedtem. Dementorowa postać, zwróciła ku niemu swe oblicze. Było ciemno, gra cieni i księżycowego światła oszałamiała zmysły, a wiatr... on jak zwykle był wszedzie. Cichutko przygrywał swą nastrojową melodię. Wśród krzaków, drzew, skał, liści i traw. Nastała cisza, upiorna i mroźna. Stał, a chwila wydawała się wiecznością. Oczekiwanie na nieznane, na cokolwiek. Upiór płynął w powietrzu, tak lekko, tak spokojnie. uniósł ostrze do szyi śmiertelnika. Powolnym i jednostajnym ruchem poprowadził krwawą linię. Przez szyję, kończąc na klatce piersiowej. Tak delikatnie. Niczym rzeźbiarz pieszczący swe dzieło. Rysa na ciele... naznaczenie. Oczy miał zamknięte, aby spróbować ukoić, choć trochę, straszliwy ból. Lecz On mu na to nei pozwolił. Wdarł się głęboko do jego umysłu, potęgując ból. Gdy skończył, unósł swe ostrze wysoko, w blasku księżyca, w przeszywającym jak nigdy mrozie... Uderzył. Z całą swoją mroczną mocą, upostaciowioną w szlachetnie zdobionym sztylecie. Upadł, osunął się bezwładnie na zroszoną, jego własną krwią ziemię. Oczy jego były wciąż zamknięte. Nic nie czuł, ale uświadomił sobie że otwiera oczy. Ujżał ciemność. Była wszędzie, przed, obok ... nad i pod nim. Otaczała go ze wszystkich stron. Powstał, lecz w chwilę po tym upadł. Silny ból powalił go na kolana, po to aby stoczył się się w przepaść. Spadał w odchałń nicości. Nie pamiętał już nic. Do wschody słońca pozostały cztery godziny...
para_medic : :